JAK WYGLĄDA PRACA NAUCZYCIELA?

marta - JAK WYGLĄDA PRACA NAUCZYCIELA?

 

Dzisiejszy gość, Marta Nejfelt, jest prywatnie moją partnerką, a zawodowo nauczycielem języka angielskiego. Uczyła go w przedszkolu, szkole językowej , zaś aktualnie pracuje w szkole podstawowej.  Jak sama mówi, nauczanie to jej pasja, choć jak każdy zawód ma również swoje złe strony. Opowie zarówno o tych dobrych i złych. Jeśli będziecie mieli do niej pytania, piszcie na m.nejfelt(małpa)gmail.com. Bez zbędnej zwłoki – zaczynamy!

 

Opowiedz w kilku zdaniach o sobie, aby czytelnicy wiedzieli, z kim będą mieli do czynienia.

marta 1 - JAK WYGLĄDA PRACA NAUCZYCIELA?Cześć, nazywam się Marta i jestem nauczycielem języka angielskiego w jednej ze szkół podstawowych na Warmii. Od razu na dzień dobry powiem też, że uważam bycie nauczycielem za najlepszy zawód świata 🙂 Pracuję w edukacji już trzeci rok i jeszcze mi się nie znudziło, a wręcz coraz bardziej to kocham, mimo że nie jest to lekkie i proste. Łączę w zasadzie pracę z pasją – uwielbiam języki obce i nauka ich sprawia mi ogromną przyjemność. Mówię po angielsku i niemiecku, znam nieco łaciny, a aktualnie uczę się japońskiego. Ot tak, bo chcę.

 

Skoro to najlepsza praca na świecie … jak się zostaje nauczycielem?

Najprościej mówiąc – kończąc szkołę. To nie jest zawód, który można uprawiać „z marszu” i potrzebne są jednak pewne kwalifikacje. Można skończyć kolegium nauczycielskie lub studia kierunkowe – ale wbrew pozorom kurs pedagogiczny nie jest konieczny. Potem klasycznie, rozsyłamy cv do szkół. Ja akurat wysłałam zgłoszenie do kuratorium oświaty, które umieszczono w banku ofert pracy i pierwszego września dostałam telefon.

 

Praca to nie tylko czerpanie z niej satysfakcji, ale również korzyści finansowe. Czy płaca jest satysfakcjonująca?

Jak mówiłam, kurs nie jest wymagany, ale gdy go ukończymy, na starcie dostajemy wyższą pensję. Zarobki są uzależnione od wielu czynników, a takimi podstawowymi są właśnie rodzaj wykształcenia oraz stopień awansu zawodowego. Nauczyciel dyplomowany z tytułem magistra oraz przygotowaniem pedagogicznym oczywiście zarobi więcej, niż ktoś, kto ukończył tylko studia licencjackie, nie jest przygotowany pedagogicznie i jeszcze jest nauczycielem stażystą. Tabelę minimalnych wynagrodzeń ustala Ministerstwo Edukacji Narodowej, jest ona jawna i każdy może sprawdzić, ile dostajemy.

 

ZNAJDZIESZ JE W TYM ARTYKULE

 

Do tego dochodzą oczywiście wszelkie dodatki, na przykład za wysługę lat, motywacyjne, nagrody dyrektora, itd. Płatne jest też każde zastępstwo, a także godziny ponadwymiarowe (czyli jeśli etat nauczyciela to 18 godzin lekcyjnych tygodniowo, a ja mam 21, to za te 3 ponad etat dostaję dodatkowe pieniądze). Nie można zapominać też o trzynastce, czy świadczeniu urlopowym.

Zwykła podstawa bez dodatków, wypłaty za zastępstwa i dorabiania na dodatkowych lekcjach lub zleceniach tłumaczeniowych nie byłaby dla mnie wystarczająca, ale moje obecne miesięczne zarobki mnie satysfakcjonują. Proszę jednak wciąż pamiętać, że nie są to jakieś wielkie kokosy i nie zarabiam tyle, co lekarz, ale jako że potrafię oszczędzać i nie mam dużych wydatków (brak kredytów, brak dzieci), nie czuję póki co pilnej potrzeby zarabiania coraz więcej, więcej i więcej. Mimo to planowane przez ministerstwo podwyżki w kwocie 30-40zł brutto (!) uważam za kpinę.

 

Przeczytaj również: Jak napisać skuteczne CV?

 

Często słyszę o przywilejach związanych z pracą nauczyciela. Jak to z nimi jest?

Przywileje nauczycieli to dość drażliwy temat, bo wielu ludzi je krytykuje i domaga się ich zniesienia. Zwykle odpowiadam takim osobom, że nikt nie zabrania im samym pracy w edukacji, a zresztą niech zatrudnią się we współczesnej szkole na jeden tydzień i sami zobaczą jak ta lekka praca naprawdę wygląda. Prawda jest taka, że to na naszych barkach spoczywa trud wykształcenia i niestety często też wychowania młodego pokolenia, ale nasza praca jest raczej niedoceniana. Polski nauczyciel jest… po prostu nauczycielem, w przeciwieństwie do innych krajów, gdzie zawód ten jest szanowany i uznawany za prestiżowy. Niejednokrotnie gdy ktoś pytał mnie, gdzie pracuję, na słowa „jestem nauczycielem” reagował dość dziwnie – albo mi współczuł, albo rzucał jakiś złośliwy komentarz, że „macie tak dobrze i jeszcze narzekacie”. Staram się nie narzekać, ale jednak nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy ktoś zaczyna wygłaszać opinie na tematy, o których tylko czytał w internecie. Nie chcę tu uważać się za nie wiadomo kogo, bo tak nie jest, ale policjantom czy górnikom nikt nie ma przywilejów za złe, tylko nauczycieli się dociska. My może i nie ryzykujemy życia, ale nierzadko narażamy swoje bezpieczeństwo i zdrowie, zarówno fizyczne jak i psychiczne. Chyba na zawsze zapamiętam opowieść kolegi z pracy, którego znajoma nauczycielka (nie z naszej szkoły) na lekcji dostała od kilkunastoletniego ucznia w twarz. To może nie byłoby jeszcze AŻ TAK szokujące (choć miejsca mieć nie powinno), ale ów uczeń miał rękę oblepioną własną spermą i uderzył ją ze słowami „jak to wzięłaś na twarz, to teraz już wszystko przyjmiesz”. Podczas pracy w szkole widziałam i słyszałam różne rzeczy, od których jeży się włos na głowie, niejednokrotnie musiałam uspokajać uczniów, którzy wpadli podczas bójki w szał i pewnie łatwo wybiliby mi w amoku zęby. Czy naprawdę dzisiaj jeszcze ktoś uważa, że dostajemy pieniądze za picie kawy, praca jest łatwa, lekka i przyjemna i nic poza podstawą nam się nie należy?

Ale wracając do tematu – od 2008 roku nauczyciele stracili co prawda prawo do wcześniejszej emerytury bez względu na wiek, ale mogą pobierać świadczenie kompensacyjne, jeśli spełnią warunek dotyczący ogólnego stażu, osiągną określony wiek i rozwiążą stosunek pracy. To daje możliwość odejścia z pracy we wcześniejszym wieku niż emerytalny. Ma się to zmienić w 2032 roku, gdy przechodzenie na emeryturę będzie możliwe dopiero po ukończeniu powszechnego wieku emerytalnego. Jak widać, powoli swoje przywileje tracimy…

Jako pracownicy jednostki budżetowej możemy korzystać z ZFŚS (Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych). Pozwala to na przykład na uzyskanie dofinansowania wypoczynku, albo różnych zapomóg (typu wydarzenia losowe, albo na zakup opału).

Jeśli nauczyciel wyrobi sobie legitymację służbową, może dzięki niej uzyskać zniżkę 33% na przejazdy w PKP pociągami osobowymi oraz zniżki na wejścia do teatrów i muzeów (niestety, kina się nie liczą ;)).

Kolejna kwestia to urlop dla poratowania zdrowia. Przysługuje on po 7 latach pracy i łącznie w ciągu całej kariery można spędzić na nim 3 lata, chociaż musi być podzielony na krótsze okresy, maksymalnie roczne.

 

A co robią nauczyciele w wakacje?

Moje rok temu wyglądały tak, że w czerwcu kupiłam sobie konsolę PS4 i pierwszy miesiąc spędziłam głównie na grze w Wiedźmina 3, a drugi w dodatki do niego 😉

Nauczyciele mają prawo do przerwy wakacyjnej oraz przerwy zimowej, które są naszymi urlopami. Jest tego dużo, bo ok. 10 tygodni, ale żeby nie było tak całkowicie słodko, to jest też druga strona medalu – termin urlopu jest narzucony nauczycielom z góry. Nie możemy jechać na wakacje we wrześniu, gdy wszystko jest tańsze niż w tym najgorętszym okresie, czy w dowolnym czasie wykorzystać wolnych dni urlopowych, gdy akurat mamy pilną potrzebę. Jeżeli potrzebuję wolnego dnia w ciągu roku szkolnego, muszę pisać podanie o urlop bezpłatny, nie mam płatnego urlopu na żądanie. Coś za coś. Mi akurat nie przeszkadza to, że nie mogę sobie wziąć urlopu w dowolnym czasie, bo w upały i tak jestem zupełnie nie do życia i pewnie właśnie wtedy bym go brała, ale fakt faktem, że musiałam raz prosić o urlop bezpłatny i odczułam to potem na koncie.


Wakacje można z powodzeniem wykorzystać na rozwój zawodowy – organizowane są różne szkolenia czy konferencje dla nauczycieli, szczególny wysyp ich następuje pod koniec sierpnia. Czasem z nich korzystam, ale z reguły staram się tak rozplanować swoją roczną pracę, aby wakacje były już tylko dla mnie, kiedy mogę odpocząć i zająć się sobą.

Pod koniec sierpnia trzeba już wziąć się nieco do pracy, bo jest wtedy rada pedagogiczna oraz należy przygotować wszystkie potrzebne dokumenty na nowy rok szkolny. Ale to dopiero koniec sierpnia 😉

 

Dzięki za (niekiedy brutalną) szczerość! Odbiegając teraz nieco od tematu … jak wygląda kwestia rozwoju zawodowego jako nauczyciel?

Nauczyciel jest trochę jak uczniowie, szkoli się cały czas, a przynajmniej powinien. Gdy zaczynałam pracę w szkole, byłam już pewna siebie i swoich metod, a jednak teraz śmieję się ze swoich własnych błędów. Za kilka lat pewnie uznam, że dzisiejsza ja mało wiedziała o nauczaniu. Dla mnie bardzo ważne są rozmowy ze starszymi stażem koleżankami i kolegami, z panią dyrektor i wicedyrektor, z innymi pracownikami szkoły, a nawet z rodzicami i uczniami – może nie zdają sobie z tego sprawy, ale wszyscy przekazują mi ogromną wiedzę, według mnie dużo bardziej wartościową niż to, co słyszę na warsztatach i szkoleniach. Tam często jest to sucha teoria, pięknie podana, w szkole jest tymczasem zupełnie inaczej. Czuję, że to właśnie dzięki poradom i doświadczeniom innych staję się coraz lepszym nauczycielem. Myślę, że bycie nauczycielem to właśnie taka praca, do której nie da się wyszkolić na kursie, a wszystkiego tak naprawdę można nauczyć się dopiero w praktyce.

Nauczyciele mogą podnosić swoje kwalifikacje w trakcie awansu zawodowego. Obecne są cztery stopnie: nauczyciel stażysta, nauczyciel kontraktowy, nauczyciel mianowany i nauczyciel dyplomowany. Staże na poszczególne stopnie wyglądają podobnie: dostaje się opiekuna stażu, który udziela pomocy i ostatecznie ocenia naszą pracę, należy stworzyć plan rozwoju zawodowego, chodzi się na obserwacje lekcji i nasze lekcje są obserwowane… nic nadzwyczajnego. Staż kończy się napisaniem sprawozdania i rozmową kwalifikacyjną, egzaminem. Skład komisji różni się nieco na każdym stopniu awansu.

Ja jestem aktualnie nauczycielem kontraktowym, staż zajął mi 9 miesięcy. Dzięki mojej (fantastycznej!) opiekunce stażu nie napotkałam żadnych problemów, a sama rozmowa kwalifikacyjna na wyższy stopień była czystą przyjemnością, chociaż tuż przed nią najadłam się stresu i nerwów 😉

W domu czytam różne blogi nauczycielskie, należę do grupy facebookowej „Nauczyciele angielskiego” oraz uczestniczę w webinariach. Wszystkie są bezcennymi skarbnicami wiedzy, nauczyciele dzielą się tam nowinkami edukacyjnymi, scenariuszami lekcji, a także w jakim sklepie można zakupić ciekawe gadżety na lekcje. Pamiętam poruszenie, jakie wywołał mój post z kulą do cukierków, którą wykorzystałam do losowania pytań. Wszyscy pytali mnie, gdzie można taką kupić i podrzucili mi jeszcze kilka nowych pomysłów na wykorzystanie jej.

2 1 1024x454 - JAK WYGLĄDA PRACA NAUCZYCIELA?

 

W chwili, gdy o tym rozmawiamy, za kilka miesięcy wejdzie w życie reforma znosząca gimnazja. Wiadomo już, że wielu nauczycieli straci pracę. Zupełnie obiektywnie, nie biorąc pod uwagę faktu, że może dotknąć cię bezpośrednio, jak ją oceniasz?

Reformy są potrzebne w polskiej edukacji, ale nie sądzę, że takie, jakie proponuje ministerstwo. W mojej ocenie likwidacja gimnazjów nie przynosi nic poza stratą pracy przez tysiące nauczycieli (i to nie tylko gimnazjów! ucierpieli również nauczyciele podstawówek, a nawet liceów, bo to nauczycielom z gimnazjum trzeba znaleźć zatrudnienie, nawet kosztem tych z innych szkół) oraz wszechobecnym chaosem. Jak można tyle tysięcy ludzi nagle pozbawić pracy, ot tak? Ktoś powie, że przecież każdego może to spotkać – jasne, ale zazwyczaj nie wynika to z czyjegoś na siłę uzasadnianego widzimisię.

Jeżeli już pojawiły się plany likwidacji tych szkół, to należało robić to stopniowo, a nie szybko i nieprzemyślanie, marnując pieniądze publiczne. Żeby daleko nie szukać przykładu – dwa lata temu pojawiły się w szkołach bezpłatne podręczniki, które miały służyć trzem rocznikom. Darmowe książki są oczywiście dobrym pomysłem, bo sama pamiętam, ile kosztował mój komplet książek, który kupowali mi w sierpniu rodzice (chociaż przyznaję, że praca idzie wolniej, bo zamiast w książkach, wiele zadań trzeba teraz przepisywać do zeszytów). Obecny rocznik jest więc dopiero drugim, którzy korzysta z darmowych książek. Niestety, w tym roku książki, które miały przecież służyć jeszcze rok, pójdą do kosza, bo przecież wchodzi nowa podstawa programowa i nie da się ich już wykorzystać.

Kolejnym problemem, który obserwuję, są zawirowania w samych szkołach – część nauczycieli przenoszona jest do świetlicy (gdzie pracuje się więcej, bo etat to 26h, a zarabia tyle samo lub mniej, bo nauczyciele świetlicy zwykle nie dostają płatnych zastępstw lub godzin ponadwymiarowych), część dostała sto pięćdziesiąt różnych obowiązków, co ja osobiście ciężko bym zniosła, bo lubię skupić się na czymś jednym (np. ma nauczać dwóch przedmiotów plus biblioteka i logopedia). W wielu małych gminach trwa też walka między podstawówkami i przekształconymi w podstawówki gimnazjami, bo każda szkoła chce „złapać” jak najwięcej uczniów dla siebie. Nie jest to nadzwyczaj dziwne i dla rodziców oraz dzieci to pewnie dobrze, że tak się o nich zabiega, ale są to czasem tak nie fair metody, że naprawdę czuję się zażenowana, gdy o nich czytam.

Podsumowując, cała ta reforma kojarzy mi się z jedną wielką nerwówką. Obserwuję moich zestresowanych kolegów i koleżanki, słucham jak dzieci na lekcji mówią, że „nie będę tego poprawiać, bo od września i tak idę do innej szkoły, wszystko mi jedno” i opadają mi ręce z bezsilności.

 

Gdzie w takim razie może jeszcze pracować nauczyciel, aby nie być zdanym wyłącznie na pracę w budżetówce?

Oprócz szkoły? To zależy, w czym się specjalizuje. Anglista, jak ja, ma dość szerokie pole manewru. Dzisiaj wszyscy chcą (lub muszą) uczyć się angielskiego, więc nauczyciele angielskiego na brak pracy nie narzekają. Zawsze znajdują się chętni na korepetycje lub można dorwać zlecenia tłumaczeniowe. Ciekawą opcją jest popołudniowa praca w szkołach językowych, w których w zasadzie zawsze przyda się dodatkowy lektor. To tylko kilka godzin w tygodniu, a jest dobrym dodatkowym źródłem dochodu. Pracowałam tak przez pewien czas, ale po roku zrezygnowałam – to raczej dobra opcja dla singli, bo wychodzi się wczesnym rankiem i wraca nawet po godzinie 21. Znam jednak nauczycieli z udanym życiem rodzinnym, prowadzących taki tryb życia – świetni ludzie, niektórzy zresztą uczyli mnie na studiach i po trosze im zawdzięczam zainteresowanie się nauczaniem. Szanuję i podziwiam za umiejętność pogodzenia jednego z drugim, ale całe życie w pracy, jakkolwiek bym jej nie lubiła, to nie dla mnie 😉 Inna sprawa, że cenię sobie pewną swobodę w ustalaniu planu i metod nauczania, a szkoły prywatne często mają swoje własne opracowane systemy. Chcę też jako nauczyciel przekazywać moim uczniom pewne wartości i umiejętności, tak jak na przykład nauczyć ich wysyłania listu za granicę – pisaliśmy list do królowej Elżbiety i poświęciliśmy jedną lekcję na wyjście na pocztę i wysłanie tegoż listu do Londynu. Tego w szkołach językowych nie mogłabym zrobić i wcale się nie dziwię, bo przecież rodzice płacą za jak najefektywniejsze nauczenie języka, a nie wychodzenie do urzędu pocztowego. Zdecydowanym plusem szkół językowych jest za to fakt, że są tam prawie tylko tacy uczniowie, których do nauki wcale nie trzeba zachęcać i lekcje są w znakomitej większości przyjemne i satysfakcjonujące. Mamy także, jako lektorzy, ogromny dostęp do materiałów, bo szkoła nie musi zastanawiać się, w jaki przedmiot zainwestować. Chociaż byłam w tym okresie mocno zmęczona, to jednak dobrze wspominam mój czas w takiej szkole.

Gdybym nie pracowała w szkole, mogłabym w zasadzie pracować w wielu innych miejscach, wszędzie, gdzie potrzebny jest angielski – dlatego reformy edukacji się nie boję, ale jednak będę bardzo żałowała, jeśli nie będzie dla mnie miejsca w szkolnictwie. Swego czasu myślałam o wyjeździe do Japonii, bo tam nauczyciel angielskiego znajdzie sobie pracę, ale tak się w moim życiu prywatnym poskładało, że zostałam w Olsztynie i nie żałuję 🙂

Co do nauczycieli innych przedmiotów, to niestety nie orientuję się w tym, jakie mają możliwości. Do głowy przychodzą mi jedynie korepetycje po lekcjach lub, jeśli nie są zatrudnieni w szkole, założenie własnej działalności gospodarczej i właśnie udzielanie lekcji. Wiem, że jest duży popyt na zajęcia z matematyki i historii, ale jak jest z językiem polskim czy plastyką – nie umiem na to odpowiedzieć.

 

Brzmi dobrze, ale wiemy, że życie rzadko kiedy jest czarno – białe. Czy są jakieś wady tego zawodu?

Oczywiście, że są, jak w każdym zawodzie. Nie ma chyba pracy, która byłaby w 100% idealna, zawsze jest coś, co nam nie pasuje, ale mimo to staram się przekuwać wady w zalety – da się to zrobić jak najbardziej 🙂

Na pewno, aby być nauczycielem, trzeba mieć grubą skórę, anielskie pokłady cierpliwości i mnóstwo, mnóstwo empatii. Dzieciaki są najróżniejsze, pochodzą z różnych rodzin i tak naprawdę do każdego trzeba podejść indywidualnie. Na przykład trzeba wziąć pod uwagę, że jeśli dziecko jest danego dnia agresywne i rozdrażnione, to może być zwyczajnie głodne, bo nie dostało w domu śniadania. Nie zmienia to faktu, że często taki uczeń psuje nam humor na resztę dnia i przed kolejną lekcją musimy wziąć kilka głębokich oddechów, bo nie wolno przenosić swojego złego nastroju na niewinną przecież klasę… Mi akurat ta „wada” nie przeszkadza, bo nawet trudniejsze przypadki uczniów traktuję jak wyzwania, a nie smutną konieczność. Przyznam się, że moment, gdy taki „trudny uczeń” zaczyna ci ufać i chętnie pracować na lekcji, jest jednym z najprzyjemniejszych momentów w mojej pracy.

Wiele osób zżyma się na nas, że często jesteśmy na zwolnieniach, ale to naprawdę nie jest tak, że wykorzystujemy system. Jeśli mam 6 lub 7 lekcji dziennie, to na ostatniej moje gardło już wysiada, bo aby być słyszalną w ostatnich ławkach, muszę mówić głośno. Jeśli klasa jest rozbrykana, gardło jest dodatkowo obciążane. Gdy jestem w słabszej formie fizycznej, np. podziębiona, już 3 lekcje są męczące dla moich strun głosowych. To właśnie z tego powodu nie spędzam codziennie ośmiu godzin w szkole – nie wiem, czyje gardło by to wytrzymało, na pewno nie byłabym wtedy nauczycielką. Do tego dochodzi stały kontakt z milionami zarazków, zasmarkane i kichające dzieci zaskakująco często przychodzą do szkoły, zamiast zostać w domu. Wszystko to sprawia, że w ciągu jednego roku szkolnego jestem chora przynajmniej pięć razy i to tak, że nawet nie wychodzę po zakupy. Trzeba być przygotowanym na częste chorowanie, jeśli chce się być nauczycielem w szkole.

Wadą są dla mnie na pewno ruchome, nieregularne godziny pracy, przez które czasem trzeba zmieniać swoje plany, albo w ogóle z nich rezygnować. Z dnia na dzień można się dowiedzieć, że jutro trzeba przyjść dwie godziny wcześniej lub zostać po lekcjach. Normą w zasadzie jest spędzanie w szkole co jakiś czas nawet do 10-11 godzin dziennie, czasem przez dwa dni pod rząd. Taki przykładowy ciężki dzień zaczyna się u mnie o 8 rano, mam swoje lekcje do godziny 15 (z jednym okienkiem, w trakcie którego i tak znajduje się coś do roboty lub dostaję zastępstwo), a potem półtorej godziny czekam na imprezę szkolną, która trwa do 19 (mam podczas niej dyżur lub prowadzę jakąś atrakcję). W zasadzie od rana do wieczora jestem wtedy w pracy. Wszystko wlicza się oczywiście do moich obowiązków w ramach 40-godzinnego tygodnia pracy (część swoich zadań wykonuję poza szkołą, jak na przykład sprawdzanie prac) i rozumiem, że tak to się musi rozkładać, bo akurat tyle jest pracy, ale po takim dniu padam zwykle na twarz. Jeden taki dzień nie byłby wart wspominania, gdyby nie fakt, że kolejnego mam przykładowo świetlicę na 7:20 rano i znowu trzeba będzie po lekcjach zostać do 17, bo nagle wypadła nadzwyczajna rada pedagogiczna. Wtedy nawet 2 lub 3 lekcje w planie na następny dzień jakoś mało cieszą, czasem też zbiera się tych godzin pracy w tygodniu więcej niż 40. Takie nieregularne godziny to ogromny problem wtedy, gdy pracuje się jeszcze w szkole językowej, gdzie często nie ma nas kto zastąpić, a lekcji zupełnie odwołać też nie można. Nieźle musiałam się gimnastykować, gdy pracowałam w takim trybie i to był kolejny powód, dla którego zrezygnowałam ze szkoły prywatnej. /to jest chyba ten jedyny aspekt, którego w pracy nauczyciela rzeczywiście nie lubię i który chętnie bym zmieniła – chciałabym czasem, aby grafik na kolejny tydzień pozostał niezmieniony 😉

Ale wiecie co? Czasem paradoksalnie dzięki takim intensywnym dniom czuję, że żyję.

 

Dziękuję!